Wojciech Fułek o „Wielkiej improwizacji”

Recenzja, choć jak Autor z „Dwójki bez sternika” nadmienia raczej felieton, po spektaklu Teatru Wybrzeże

Tym razem, wyjątkowo, z powodów wakacyjno-urlopowych, sopocka „Dwójka bez sternika” wiosłuje na tym akwenie w okrojonym, recenzenckim składzie jednosobowym. Zatem trochę przy okazji: doskonałej pogody i wielu niezapomnianych wakacyjnych wrażeń dla wszystkich korzystających z uroków lata i urlopu, nie tylko naszych stałych stałych czytelników i wytrwałych komentatorów. Ale tych ostatnich pozdrawiam szczególnie serdecznie. Wracamy za tydzień!

Cierpienie za miliony

Mariaż kabaretu z teatrem najczęściej nie bywa jakoś specjalnie udany. Prześmiewczy język kabaretowy nie sprawdza się z reguły w warunkach spektaklu teatralnego, ujętego przez reżysera w sceniczne ramy i uwarunkowania. Dlatego na premierę „Wielkiej improwizacji”, zrealizowanej w Teatrze Wybrzeże jako wspólne dzieło twórców Kabaretu Limo – Abelarda Gizy i Wojciecha Tremiszewskiego oraz reżysera Jakuba Roszkowskiego, wybrałem się raczej bez większego przekonania i specjalnych oczekiwań. Bałem się bowiem, iż specyficzny język tego kabaretu, doskonale sprawdzający się w autorskiej interpretacji, przestanie śmieszyć, poddany reżyserskiej i aktorskiej obróbce, a jego świeżość i oryginalność ulotni się bezpowrotnie.

„Wielka improwizacja” okazała się jednak spektaklem interesującym, momentami nawet może niebezpiecznie balansującym na granicy dobrego smaku, ale jednak – w moim przekonaniu – jej nie przekraczającym. To pewien eksperyment teatralny, który – sądząc zwłaszcza po reakcji dość zróżnicowanej wiekowo publiczności – okazał się na tyle udany, że warto go docenić. Jego autorzy proponują swoim widzom nie tyle kabaretową, najczęściej zresztą dość lekkostrawną papkę, ale momentami niezwykle poważną rozmowę o bagażu naszej najnowszej historii, pokazując ją w swoistym gabinecie krzywych luster. Oglądamy w nich odbicie swoich lęków, przywar, stereotypów, przyzwyczajeń i narodowej megalomanii (bo „jesteśmy przecież narodem wybranym, tylko nikt nie wie, do czego”). Nawiązanie (przewijające się od samego początku, począwszy od tytułu) do mesjanistycznych tradycji romantycznych i lektur obowiązkowych, wyniesionych ze szkoły, które dziś funkcjonują najczęściej w postaci wyrwanych z kontekstu cytatów i powiedzeń, wydaje się w tej sytuacji wręcz oczywiste.

Stajemy się zatem w ten sposób świadkami teatru w teatrze, podlanego zawiesistym, nieco przypalonym sosem patriotyczno-narodowym. Teatru, przedstawianego od kulis, ze swoim technicznym zapleczem i personalnymi uzależnieniami. Owinięte gęsto splątaną, romantyczną, biało-czerwoną wstążką zmagania dwóch aktorów z tekstem premierowej sztuki i pewnymi konwencjami teatralnymi, są w tym wypadku pretekstem do rozprawy z polskimi mitami, legendami i przekonaniami o naszej wyjątkowości. Autorzy i reżyser pozwalają zresztą dzięki temu swoim aktorom na formę dość przewrotnej gry z publicznością, co zresztą doskonale się sprawdza, pozostawiając sporo miejsca na tytułową improwizację.

Odniosłem wrażenie, że zarówno sami aktorzy (zwracają naszą uwagę drugoplanowe, ale istotne role – w różnych wcieleniach – Jacka Labijaka), jak i publiczność, zaproszona do współtworzenia spektaklu – doskonale się bawią taką konwencją, wyśmiewając przy okazji zarówno ten patriotyczno-narodowy, jak i teatralny patos. Doskonale pasują też do takiej właśnie konwencji sceny z animowanymi lalkami-karykaturami, zarówno tymi symbolizującymi historyczne postaci Lecha Wałęsy i Wojciecha Jaruzelskiego, jak np. Matki-Polki. Wydaje się nawet, iż ciekawych pomysłów autorom spektaklu nie tylko nie brakowało, a może nawet było ich nieco za dużo. Taka twórcza gonitwa myśli kabaretowych twórców na pewno jednak pozwala reżyserowi odświeżyć nieco zużyte już tematy i teatralne kostiumy. Umiejscowienie całej akcji w konkretnej „przestrzeni wolności” Gdańska i na scenie konkretnego gdańskiego teatru stwarza też dość duże pole do popisu wykonawcom, chociaż przynosi też realne niebezpieczeństwo przeszarżowania i grania „pod publikę”. Ale taka jest też właśnie specyficzna uroda tego spektaklu. Można ją zaakceptować – z wszystkimi jej zaletami oraz wadami – albo odrzucić. Ja ją zaakceptowałem i polecam innym – i to nie tylko dlatego, że Abelard Giza i Wojciech Tremiszewski zaliczają się do grona tych twórców kabaretowych (a od tej chwili również teatralnych), którzy zmuszają swoich odbiorców przede wszystkim do myślenia, a nie tylko głośnego rechotu.

Wojciech Fułek

——————————————————
Abelard Giza, Jakub Roszkowski, Wojciech Remiszewski, „Wielka Improwizacja”, reżyseria: Jakub Roszkowski, Teatr Wybrzeże, premiera 6 lipca 2013 podczas inauguracji V sezonu Sceny Letniej w Pruszczu Gdańskim.

Tagi