Weissblog, Orkiestra w kanale

Niezwykła para miłośników opery – Beata i Michał Olszewscy, którzy prowadzą ciekawy i unikalny portal „my na opera info” poprosili mnie o wypowiedź na temat operowej orkiestry. Pozwalam sobie umieścić ją również „weissblogu”, bo jest ona poświęcona głównie moim doświadczeniom z orkiestrą Opery Bałtyckiej.

Kiedy rodziła się opera, jako szczególny rodzaj muzycznego widowiska, orkiestra akompaniująca śpiewakom była integralną tego widowiska częścią. Usytuowana przed sceną była świetnie widoczna dla słuchaczy i z pewnością stanowiła nie mniej widowiskową część spektaklu niż działania sceniczne. Wiemy przecież jak fascynujący są muzycy podczas wykonywania swoich zadań i jak ich skupienie oraz niekłamane zaangażowanie często przewyższa prawdę aktorów. Z biegiem czasu rozwój teatru przyćmiewał wciąż te same obrazy, jakie fundował zespół muzyków i zaczęto ich stopniowo ukrywać coraz głębiej, aż w końcu Wagner ukrył orkiestrę definitywnie, żeby jej światło nie przeszkadzało w budowaniu nastrojowych obrazów scenicznych i magicznych możliwości oświetlania akcji. Zgaszono również światło na widowni, które przecież kiedyś było niezbędne, bo widownia była ważniejsza niż artyści.

Upchnięcie orkiestry w kanale drastycznie pogorszyło warunki jej pracy. Zwykle jest tam ciasno i duszno. Zimą jest zimno, bo zbytnie podgrzewanie wysusza powietrze i instrumenty szybko się niszczą. Latem jest albo za gorąco, albo wentylacja i klimatyzacja powodują przeciągi i zawiania. Tym samym muzycy akompaniujący śpiewakom na wysokościach czują się pokrzywdzeni i ich status wobec filharmoników prezentujących się tak okazale podczas koncertów uważa się za gorszy, co czasami przekłada się na mniejsze zarobki, chociaż granie operowe nie zawsze jest łatwiejsze od grania symfonicznego. Dodatkowym frustrującym aspektem ich pracy jest dla mnie osobiście fakt, że większość z nich nigdy nie ma możliwości obejrzeć spektakl, któremu akompaniują. Wywołuje to podświadomą niechęć muzyków do tego co dzieje się na scenie i niewielu z nich zachowuje po latach bezinteresowną miłość do opery.

A przecież bez ich pracy opera nie istnieje i istnieć nie będzie. O ile balet częściowo się usamodzielnił tańcząc spektakle do muzyki wcześniej nagranej, co nie podoba się wciąż znacznej części publiczności, o tyle opera do nagranej muzyki jest raczej niemożliwa i zawsze będzie kalekim wybiegiem stosowanym tu i ówdzie, ale zdecydowanie bez powodzenia. Tym samym troska o orkiestrę w kanale jest nieodłącznym elementem pracy każdego dyrektora i niekończące się spory z zespołem orkiestry o warunki pracy, wynagrodzenia, ilość prób, wyjazdy, nagrania są chlebem powszednim dla jednej i dla drugiej strony. Nigdy nie będzie dość dobrych okoliczności dla tej ogromnej przecież rzeszy pracowników i nigdy nie będzie dość dobrego dyrektora. Bo trzeba koniecznie pamiętać, że to nie jest tak, że orkiestra operowa chce tylko „jak najwięcej zarobić i jak najmniej się narobić” jak sądzi niejeden laik w decydenckich gremiach, czy nowicjusz w zawodzie dyrektorskim. To są przede wszystkim artyści – muzycy, którzy od dziecka ćwiczą na swoich instrumentach i większość z nich zaczynała swoją pracę od marzeń o pięknej muzyce i o życiu w niej i dla niej.

Nawet jeśli większość się do tego nie przyznaje, to prawda jest taka, że większości zależy na sztuce, do uczestnictwa w której tyle lat mozolnie się przygotowywali. Nie chcą grać byle czego z byle kim. Odróżniają bezbłędnie wartościowych śpiewaków od miernych, chociaż nie widzą ich na scenie. Odróżniają bezbłędnie wspaniałych dyrygentów od bufonów, którzy dyrygentów udają. Wyczuwają który dyrygent się ich boi, a który ich kocha, bo bez nich jest nikim.

I ja w swojej pracy reżysera operowego byłbym bez nich nikim, więc jako dyrektor starałem się zawsze dbać o nich na tyle, na ile pozwalały mi warunki, w jakich działał każdy z zarządzanych przeze mnie teatrów. W Operze Bałtyckiej jest to o tyle trudniejsze, że wciąż nie mam odpowiedniego dyrektora muzycznego na stałe, któremu mógłbym w całości powierzyć los tych kilkudziesięciu osób i ich rodzin. Większość ma mi to za złe i czuje się pokrzywdzona, ale rozumiem ich, bo jestem dla nich obcy, jak każdy, kto nie jest muzykiem. Nie mam żalu, że myślą o mnie to, co myśli się o każdym dyrektorze na świecie – „mógłby, skurczybyk, dołożyć stówę więcej, a nie dokłada!” Taki już uprawiam niepopularny zawód.

Ale ostatnimi laty przeżywam wraz z nimi prawdziwą wściekłość, że ich życie jest tak biedne w porównaniu z wysiłkiem, jaki w swoją pracę muszą włożyć. To dzięki mojej córce, która powoli przekształca się w zawodową skrzypaczkę. Kiedy patrzę jak codziennie ćwiczy po trzy godziny dziennie i myślę o skromnym losie, jaki być może ją czeka, ogarnia mnie prawdziwa rozpacz. Niesprawiedliwość pieniądza, który płynie do artystów nie wedle ich jakości i pracy, ale wedle popularności, jaką zdołają osiągnąć na różne sposoby, jest dla mnie socjologicznie do wytłumaczenia i nic tu nie pomoże lamentowanie. Ale to, że bogate społeczeństwo nie jest w stanie utrzymać dziesięciu orkiestr operowych w kraju na przyzwoitym poziomie zarobkowania, to nie jest w porządku. Do żadnej orkiestry nie trzeba tyle dopłacać jak do operowej – to prawda. Ale ta nierentowność bierze się z ceny opery, która nigdy na siebie nie zarobi.

Do każdego spektaklu operowego trzeba dopłacać poważne kwoty, żeby się w ogóle odbył. Tego nic nie zmieni, chyba, że bilety będą, na przykład w Gdańsku, kosztować około 700 złotych od osoby. Rozumiemy wszyscy, że nawet na Kurzak z Beczałą nikt by wtedy nie przyszedł. Zresztą ich udział w spektaklu jeszcze by cenę biletu podwoił. Orkiestra operowa jest więc ofiarą tego luksusu, jakim jest teatr operowy dotowany z potężnej kasy państwowej, lub samorządowej, jak to się dzieje w Trójmieście, gdzie teatr nasz należy do budżetu marszałka województwa. Inne orkiestry, jak radiówki, czy filharmonie też muszą być dotowane, ale ich los jest lepszy, bo mogą przy dobrej organizacji dorabiać sobie dodatkowymi koncertami, mogą współpracować z lżejszą muzą i brać udział w przedsięwzięciach komercyjnych. Orkiestra operowa albo gra w kanale spektakl, albo próbuje w żmudnym cyklu przygotowań do kolejnej premiery. Nie sposób jej wyłączyć z repertuaru. Kilka dni przestoju musi wykorzystać na ćwiczenia indywidualne i jakąś pracę pedagogiczną, która pozwoli niektórym powiązać koniec z końcem.

Uważam, że ich zarobki powinny być na tyle godziwe, żeby nie musieli szukać dodatkowych zajęć. Każdy z nich jest wysokiej klasy muzykiem, który poświęcił całe swoje życie grze na instrumencie. Gra na nim przeważnie od dziecka. Niewielkie ma szanse przekwalifikować się, gdyby jakaś opera z tej polskiej dziesiątki nagle padła. Jego miejsce pracy w rowie pomiędzy publicznością i sceną nie jest zachęcające do wysiłku. Każdy mądry dyrektor stara się w miarę możliwości organizować dla nich koncerty, które mogliby grać na scenie. Jeśli o mnie chodzi to nawet niektóre spektakle staram się tak wyreżyserować, żeby orkiestra siedziała na górze i należała do teatralnego obrazu. Wtedy kłaniają się razem ze śpiewakami i odbierają zasłużone brawa na oczach widzów. Kiedy grają w kanale, takie ukłony nie są możliwe i część muzyków pędzi już do domu podczas kolejnych podnoszeń kurtyny na owacjach. Ale w „Ariadnie na Naksos” wymyśliliśmy z dyrektorem Florencjem, że ponieważ ilość muzyków jest niewielka, a ich wkład artystyczny wyjątkowo wysoki, zrobimy widowni niespodziankę i po kolejnej odsłonie kurtyny na scenie stała cała kameralna orkiestra z kanału, a owacjom publiczności nie było końca. To były miłe i rzadkie chwile pełnej integracji artystów wykonujących spektakl. Do dziś to jedno z najpiękniejszych moich wspomnień.

Źródło:

http://www.operabaltycka.pl/blog/