Weissblog, Bóg w operze

Opera jest gatunkiem patetycznym. Oczywiście, jest sporo dzieł wesołych i bezpretensjonalnych, ale większość arcydzieł zajmuje się sprawami poważnymi, które dzięki muzyce i koturnowi konwencji zyskują wymiar ostateczny i wywołują oczyszczający wstrząs na widowni pod wpływem wielkich wzruszeń, łez i rozbudzonych sumień. Wśród patetycznych tematów, jak miłość, honor, patriotyzm i inne podstawowe wartości ludzkie, Bóg zajmuje w operze miejsce szczególne i można by wymienić długą listę tytułów dzieł zajmujących się relacją między człowiekiem i Stwórcą.

Jeśli chodzi o wymienione wyżej wartości niewiele się w naszym stosunku do nich zmieniło. Dalej więc reagujemy na nie prawidłowo. Zdecydowanie inaczej ma się sprawa z Bogiem. Nawet w katolickim, podobno, kraju, jakim jest Polska, Bóg jest dla wielu osób figurą muzealną, tyleż zacną i czczoną w ramach tradycji rodzinnych, co nieprzystającą do współczesnej wiedzy o świecie i jego pochodzeniu. Proces laicyzacji, o którym mówi się coraz swobodniej, jakby to była jedna z przemian obyczajowych, jest w istocie swojej głęboką rewolucją światopoglądową obejmującą wszystkie dziedziny naszego życia. Opera ma z tym poważny problem. Zapewne większość widzów traktujących teatr operowy, jako dziwaczny twór z innej planety nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo wszyscy odpowiedzialni twórcy tego teatru walczą o prawdę sceniczną. Brzydzimy się kłamstwami i sztuczkami. Wstydzimy się, kiedy musimy ich używać zgodnie z regułami teatru. Marzymy o tym, żeby wzbudzać szczere wzruszenia. Mimo konwencji i sztucznych dekoracji, mimo klejonych bród i peruk, staramy się, by żywy artysta na scenie przekazywał prawdziwe emocje wywiedzione z muzyki i historii, którą opowiada. Jeśli te emocje dotyczą relacji z Bogiem, musimy odnaleźć w swojej pracy analizę czym jest wiara i jej konsekwencje.

Ale jak to zrobić, jeśli tej wiary nie ma w nas? Wiary nie da się zrozumieć. Albo jest, albo jej nie ma i próżno wtedy o niej opowiadać. Epatowanie wiarą przy wsparciu potężnej muzyki coraz częściej budzi na widowni sprzeciw, jak natrętne religianctwo fundamentalistów wszelkiego rodzaju. Jak wtedy wystawiać „Nabucco” Verdiego o nawróceniu babilońskiego władcy i uniesieniu, że Bóg przemówił do człowieka osobiście? Jak wystawiać „Don Giovanniego” z jego wstrząsającym finałem, jeśli uważamy, że zaświaty, z których przychodzą do nas zmarli, nie istnieją? Jak wystawiać „Raj Utracony”, czy nawet „Halkę”, gdzie ingerencja Boga istotnie wpływa na przebieg akcji? Te pytania można oczywiście zlekceważyć i produkować dalej spektakle, jak w Hollywood produkują setki filmów o tematyce biblijnej nie przejmując się ich aspektem sakralnym. Taka beztroska króluje nam przecież w show biznesie powszechnie. Ale wydaje mi się, że w operze, prócz wielu innych uroków, istnieje szansa na zastąpienie sacrum związanego z religijnym oglądem świata na sacrum artystyczne.

Jeśli muzyka jest dowodem na istnienie Boga, przynajmniej niektóre z jej dzieł, to być może, po zakwestionowaniu jego istnienia przez wszystkie nauki i empirie, a nie tylko przez szaleńca Nietzschego, tajemnicza i nierozpoznawalna przy pomocy rozumu istota Ducha znajdzie swój dom w operze. Może właśnie nasze nieporadne spektakle pełne sztuczności i patosu objawią publiczności szansę dotarcia do metafizyki, gdzie człowiek odnajduje swój właściwy wymiar.

za: www.operabaltycka.pl/blog/