W kolejce po Autograf. O najnowszym numerze gdańskiego dwumiesięcznika słów kilka

Rozmyślania kontekstowe gdyńskiego poety o reaktywowanym, gdańskim dwumiesięczniku.

W kolejce po Autograf. O najnowszym numerze gdańskiego dwumiesięcznika słów kilka

Zbigniew Radosław Szymański

 

„Dogorywam w małym kraju” – czytamy wyznanie poety i filozofa, Jana Kurowickiego, w drugim numerze reaktywowanego, zasłużonego gdańskiego dwumiesięcznika „Autograf”. Jak sprawić, by to dogorywanie w „Arkadii” (tytuł wiersza Jana Kurowickiego) – jak ironicznie poeta ten mały kraj nazywa – uczynić bardziej znośnym, dającym złudzenie, że „kwitnie i pachnie zmartwychwstaniem”?

Można ową „Prozaiczność zimową” polubić, rozumiejąc, że „Taki to mój Raj. Choć przenika mnie dreszcz na myśl, że to wiem”. Ja, niestety, nie wiedziałem i przyznaję, że moją Arkadię odkryłem dopiero w numerze drugim wznowionego po przerwie dwumiesięcznika, numer pierwszy przeoczywszy. Trochę to źle pismu wróży, bo coś chyba szwankuje z dystrybucją. Zawsze miałem kłopoty z kupnem „Autografu”, bo gdyński „Empik” woli sprzedawać literaturę dla kucharek, ale może warto szerzej pismo rozreklamować tak, by zaczęło przynosić jakiś choćby minimalny dochód. Zwłaszcza, że sponsorów łaska kapryśna.

Dotychczas siłą „Autografu” były znakomite wstępy Redaktora Naczelnego, Świętego w naszej pamięci,Andrzeja Waśkiewicza, który cierpliwie prowadził nas przez meandry ustrojowej katastrofy; dbał, byśmy się nie zagubili wręczając każdemu cudowną nić Ariadny swojego intelektu. Teraz – chyba słusznie – Redakcja ze słowa wstępu zrezygnowała uważając, że autorzy najlepiej podejmą kierunek myśli Ojca pisma. Może taką nicią Ariadny staną się teksty Ariany Nagórskiej? Nić Ariany jak zwykle ostra i niebezpieczna dla tych, którzy ciętej ironii autorki nie rozumieją. Taką nicią przewodnią mógłby być opis „Pandemonium”, które ma miejsce w publicznej bibliotece, zapewne osadzonej w owym małym kraju Jana Kurowickiego. „Wymagać od siebie, to byłby masochizm, a od innych to z kolei sadyzm” pisze poetka, i przestrzegałbym przed zbyt dosłownym traktowaniem jej słów, by nić Ariany nie zawiodła czytającego na manowce.  Gdy czytam w wierszu „Lustracja dantejska”: „Zwielokrotniona kawalkada gości czerpie z powielań wizerunku swego” przychodzi mi na myśl, żyjący z powielań wizerunku swego, pewien kwartalnik, którego dwadzieścia kolejnych numerów skrupulatnie przeczytałem, dzieląc się z Państwem refleksjami; zaś fraza z wiersza Nagórskiej „Złota Klatka”: „nie ma postępu materii ni ducha tam gdzie skrajności niszczy „ złoty środek”, powinna być redaktorom owego kwartalnika dedykowana.

Z przyjemnością konstatuję, że kontynuowany jest cykl mądrych, filozoficznych esejów Jana Kurowickiego. Tym razem autor nie szczędzi gorzkich słów reklamie, czyli estetyzacji „uśmiechniętego ścierwa” (określenie Oliviera Toscaniego, którego teoria i praktyka stała się kanwą rozważań autora). Eseje Jana Kurowickiego „nie są słodkim ćwierkaniem ptaszka zwiastującego nadejście wiosny”, pisze w swym omówieniu książki eseisty; „Figury i maski w praktykach ideologicznych”, Wojciech Wojciechowski. Na szczęście nie są też krakaniem a smutną konstatacją, powtórzeniem myśli Harmanna Brocha, że „człowiek nie jest już zwierciadłem wartości świata”.

Skoro jesteśmy przy recenzjach, warto zapoznać się z omówieniem książki Leszka Żulińskiego, poety i krytyka literackiego „Poezja mojego czasu”. „Książkę Żulińskiego czyta się wyśmienicie, jednym tchem, tak jakby była namiętnym romansem”, pisze recenzent Mirosław Szott, a od siebie dodam, niczym powieść sensacyjną, bo raz za razem Żuliński wydobywa z niebytu z pasją Sherlocka Holmesa zapomnianych poetów i pisarzy, których zamordował powszechny dzisiaj zwyczaj płacenia krytykowi za reklamę książki a nie za jej ocenę.

Ciekawie zapowiada się cykl (chyba cykl, nie czytałem pierwszego numeru) Eugeniusza Kurzawy: „Zapiski z ogrodu (sztuk)”, w którym autor przywołuje zwyczaj mądrych gawęd przy ciasteczkach i kropelce dobrej nalewki. Takim gawędziarzem, którego Kurzawie i nam czytelnikom brakuje, był właśnie Andrzej Waśkiewicz.

Pytaniem, które wcześniej czy później musi być zadane, gdy rozmawiamy o kulturze w naszym małym kraju jest dylemat „Czy emigracja ma wpływ na kulturę?” Paweł Baranowski, który emigracji zasmakował, próbuje zmierzyć się z tym pytaniem w napisanym wraz z Magdaleną Nowak tekście „Emigracja a obieg kultury- X lat świetlnych polski w Unii Europejskiej”. Są to lata świetlne, ale niekoniecznie świetne i autorzy tych zapisków dobrze o tym wiedzą. „Obieg emigracyjny trwa, obieg kultury także. Geograficzne i polityczne granice państw europejskich są otwarte, jednak granice wewnętrzne, stanów emocjonalnych, związanych z emigracją i kulturą, wymagają ciągłego przekraczania”. Czy z korzyścią dla kultury, czy nie, pokaże czas.

Anna Sobecka, która wzięła na siebie, wraz z grupą entuzjastów i z mądrym sponsorowaniem Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki obowiązki redagowania nowego „Autografu” dokonała prawdziwego cudu. Czytając dwutygodnik ma się wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu, miejscu którego granice zakreślił Andrzej Waśkiewicz. Ta sama szata graficzna, oszczędna a jednocześnie bogata, oparta na prezentacji dzieł artysty plastyka. Tym razem jest nim rzeźbiarka, prof. Ludmiła Ostrogórska, i tu kolejny cud, bo widzę, że o rzeźbach pani profesor pisze mój kolega z ławki szkolnej, poeta, malarz, konserwator zabytków a przy tym  człowiek o prawdziwie renesansowym zakresie zainteresowań ( pamiętny cykl telewizyjnych filmików” deptane po drodze” o tym, co dla nas jest zwykłą trawą lub chwastem, a co ma bogate zastosowanie lecznicze i bogatą mitologię) – przedwcześnie zmarły Jerzy Kamrowski.

Autorów, którym twórczość rzeźbiarska pani profesor jest bliska, znajdziemy w tym numerze wielu. Każdy znajduje w jej rzeźbach coś osobnego, co tylko dla niego stanowi nieprzemijającą wartość i czym chciałby podzielić się z czytelnikami. A o swoich inspiracjach, i inspirujących do tworzenia podróżach, Ludmiła Ostrogórska rozmawia z Anną Sobecką: „Parawan słów to jest ostatni mój cykl.[ …] „Parawan słów”- ma wiele znaczeń. To swoista zapora, która może łączyć i dzielić…”

Autograf” jest na szczęście parawanem na tyle przejrzystym, że może tylko łączyć, niczego nie ukrywając. Zasługa w tym pisarzy prezentowanych w najnowszym numerze, Daniela Odiji, Ariany Nagórskiej i Wojsława Brydaka, oraz poetów – a ci jak zwykle w „Autografie” dominują, jest ich piętnastu – wśród nich także Sadi Jusufa, poeta iracki, który tworzy na emigracji a wiersze jego skierowane są nie tylko do Arabów, lecz bez trudu mogą być zaakceptowane przez każdego, komu poezja jest bliska.

„Koniec zawsze jest otwarty, początek zaś zamknięty” pisze w jednym z wierszy, dlatego zamykam początek, koniec pozostawiając otwartym, wierząc, że szybko on nie nastąpi, i zdążę jeszcze ujrzeć w „Empiku”, który mam nadzieję wreszcie się zreformuje, kolejkę po następne „Autografy”.

„To co należy zrobić musi być zrobione choć może nie warte jest linijki wiersza”, napisał w jednym z wierszy Andrzej Waśkiewicz. A to, co już zrobione zostało, wierzę, że warte jest niejednej linijki wiersza i nie będą te wiersze kurtuazyjną hagiografią.

Atograf 2 (123), wrzesień-październik 2014,  Gdańskie Towarzystwa Przyjaciół Sztuki.

Za: Gazetą Świętojańską

07.11.201422.21.04_big