Pożywniejsze niż trufle. Recenzja Autografu (1-2 2015)

Zbigniew Radosław Szymański recenzuje najnowszy numer Autografu.

Całość zamiast części, czyli o potrzebie zdjęcia wolnej myśli i wolnemu słowu kagańca uprzedzeń

Zbigniew Radosław Szymański

 

Niektórzy krytycy piszą o mnie,że samotność mi doskwiera.

Siedzę na balkonie i wyglądam jaskółek, co rozpisują Ursynów.

Że prawie z domu nie wychodzę. Że…Takie czytam o sobie

legendy, które najczęściej plotą w telewizji prywatnej

i państwowej.

A przecież mnie samotność nie dotyka, bo jestem zawsze

z myślami.

– pisze w swoim wierszu zamieszczonym w najnowszym (styczeń-luty 2015) Autografie, Czesław Mirosław Szczepaniak. Szczęśliwy poeta mający zawsze obok siebie najwierniejszego przyjaciela, własne myśli, niezależnie od tego, czy myśli te wzniosłe, czy tuzinkowe. Ważne, że są jeszcze jakiekolwiek, że ich nie postawiono w stan likwidacji, licytując za bezcen przez łódzkiego komornika. Ale i my, czytelnicy, nie możemy narzekać, bo Autograf dba, by myśli nasze były czyste i piękne, wolne od merkantylno-egzystencjalnej rutyny.

Czytam, notuję, piszę, choć nikt na to nie czeka – wyznaje poeta, ale my, jego czytelnicy, zapewniamy: Czekamy, panie Czesławie, czekamy, bo mądrego nigdy za wiele w dzisiejszych, skomercjalizowanych i nastawionych wyłącznie na szybki zysk czasach. Przywołany przez pana leksykograf z XIX wieku pisał:Wspomnienie to łagodna bogini,/ minione radości przywołuje z powrotem, a minione smutki/jakby opromienia/wieczorną zorzą szczęścia.

Autograf, pomny na myśl leksykografa, minione radości przywołuje jak najczęściej a minione smutki jakby opromienia wieczorną zorzą szczęścia (jako że pora wieczorna najlepiej służy lekturze). W najnowszym numerze piórem Czesława Sobkowiaka przypomina nam sylwetkę nieżyjącego już niestety twórcy, Marka  Garbali, poety, ale też i opiekuna kolegów po piórze, patrona debiutów poetyckich, człowieka, do którego po porady w kwestiach warsztatowych zgłaszało się sporo osób piszących. Niewielu już zostało takich autorytetów, inspiratorów wydarzeń kulturalnych, patronów wierszy, o których się dyskutowało dłużej niż trwa ich lektura. Do takich autorytetów należał też założycielAutografuAndrzej Krzysztof Waśkiewicz, poeta i  animator życia literackiego, człowiek, który życzliwie kibicował, pomagając, w miarę swoich możliwości, kilku pokoleniom poetyckim, o którymEdmund Pietryk w wierszu poświęconym Jego pamięci pisze: Byłeś na ziemi wiecznie i na chwilę…Jaka to była chwila, wiedzą ci, którzy mieli okazję pana Andrzeja poznać osobiście. Niech i nasza chwila stanie się dzięki twórcy Autografu, chwilą z wierszami jak podniebne loty motyle/jak nadwodne ślizgi nartników z błękitu/i oddech roślin z leśnych aksamitów.(z wiersza E. Pietryka)

Trud, tego niestrudzonego opiekuna piszących, został doceniony i nagrodzony piękną inicjatywą:Konkursem i Nagrodą  im. Andrzeja K. Waśkiewicza. Laureatem nagrody został w 2014 rokuWojciech Czaplewski za debiutancką książkę krytyczno-literacką Pochwała niezrozumiałości.Eseje filozoficzno – literackie. Leszek Żuliński, poeta, kontynuator pięknej tradycji mistrz-uczeń, patronujący literackiej młodzieży, a przy tym sam parający się eseistyką krytyczno-literacką, z dużym uznaniem pisze na łamach Autografu o nagrodzonej książce i autorze: Autor jest oczytany ponad „polską normę”, skala jego skojarzeń i odniesień jest imponująca. Mając taki oręż, unika jego „scientyfikacji”, tzn. pisze z werwą i lekkością o sprawach skądinąd nadających się do naukowych elaboratów. […] Innymi słowy, ten autor śledzi dzieje i ewolucję literatury poprzez łańcuchy myśli, które zmieniały nasz świat z całą jego aksjologią.

Czaplewski  przeprowadza dogłębną wiwisekcję naszej – czort wie dlaczego – niełatwej egzystencji, obserwując ją poprzez pryzmat literatury, bo jak pisał, przywołany przez Żulińskiego Marks (chylę czoła za taką odwagę): Filozofowie zawsze opisywali świat, jednak idzie o to, by go zmieniać.

Czy literatura jest dobrym do tego celu narzędziem? Żuliński i Czaplewski wierzą, że jest: Zaczyna się wszystko od tego, że cierpimy na znieczulicę, że mościmy się w bunkrze powierzchowności i biheviorem zagłuszamy interior wewnętrzny. Prawdy egzystencjalne (co by to nie znaczyło) zagłuszamy bieżącą pragmatyką życia.

Dużo u Czaplewskiego o możliwościach języka, nie tylko poznawczych, ale też i sprawczych. No i wiary w potęgę poezji, w potęgę pięknego i mądrego słowa. Języka, który nie jest „częścią zamiast całości”, ale „całością zamiast części”, jeśli tylko uznamy za pewnik, że: Na początku było słowo.

I to słowo powinno być traktowane z pietyzmem, gdyż jak pisze Eugeniusz Kurzawa w swoich przemyśleniach z cyklu Zapiski z ogroduMam wrażenie, że dla większości z nas nie jest istotne, jakich słów, zwrotów dobierają, żeby wyrazić myśli. Mówimy byle jak, niezbornie, niechlujnie. Tak, jak myślimy.

O naszym zniewoleniu słowem, zniewoleniu, które być może jest główną przyczyną trwającej polsko-polskiej wojny, Kurzawa pisze: Niezbywalną winą racjonalistów, ludzi trzeźwo myślących, ale wpływowych, jest to, że w minionym ćwierćwieczu dali sobie narzucić jedyny „słuszny” punkt widzenia. A ów jest kształtowany za pośrednictwem języka. Języka propagandy niekoniecznie szeptanej, lecz mówionej i powtarzanej.

Kurzawa przywołuje myśl adiunkta UAM w Poznaniu, Elizy Pieciul-Karmińskiej: Język, jakim opisujemy świat, nie jest bowiem jedynie neutralnym narzędziem i nie pozostaje bez wpływu na nasze myślenie o świecie.

I tu może przytoczę  finalną myśl Kurzawy, która może się bardzo przydać w obecnym, wyborczym roku:Jeśli ktoś nie posiada własnego języka, czyli własnego narzędzia do opisania (i zrozumienia świata), to z taką osobą, partią, grupą nie ma sensu rozmawiać – nawet w małej przestrzeni ogrodu sztuk – gdyż brak jej tożsamości.

Do rozważań o języku, o zniewoleniu słowem, którego to procederu ofiarami nieświadomie, jako społeczeństwo stajemy się, Kurzawa  powraca omawiając książkę Artura Nowaczewskiego Dwa lata w Phenianie: natomiast co mnie irytuje (zresztą nie tylko w przypadku tego autora), to posługiwanie się obcym mi, ideologicznym, językiem polskim. Kilkakrotnie jeżyłem się czytając o „Sojuzie”, „sowieckiej” szkole, czy ambasadzie (rozdział „Co tam robiłeś”). Czy nie można napisać o „radzieckiej” szkole? To już wolę, jak ktoś używa zwrotu „ruskiej”, bo tak np. mówiły dzieciaki(i ja też) w czasach szkolnych, ale bez dzisiejszego ładunku pogardy. Z tego rozdziału wyłazi, zresztą niestety, polski kompleks wobec Rosji, ZSRR. Dokładniej powiedziałbym – kompleks polskiej inteligencji, która nie potrafi przełamać myślowych stereotypów.

Owe myślowe stereotypy polskiej inteligencji  spychają nas, Polaków, w cywilizacyjny zaścianek dezawuowania wszystkiego, co ma swoje źródło w czasach słusznie-niesłusznie (niepotrzebne skreślić) minionych.

Pisząc o Korei A. Nowaczewski przy okazji – nie wiem zresztą czemu – wylał na karty pretensje do minionej Polski Ludowej. Jakby mało ich było w polskich mediach, polityce. – kończy swoją niezbyt optymistyczną ocenę naszych intelektualnych elit Kurzawa.

I chociaż zgadzam się z autorem, że nieprecyzyjne i stronnicze używanie języka czyni nas ubogimi, to nie przeceniałbym roli w tym przełomu ideologicznego jaki nastąpił w ostatnim ćwierćwieczu, gdyż dobrze pamiętam bardzo podobne zawłaszczanie sobie języka przez elity i media w czasach mojej młodości. Sam bywałem już zaplutym karłem reakcji, syjonistą, czy też sługusem kapitalizmu. Jakiego kapitalizmu? Ani wtedy, ani teraz, zwłaszcza w Polsce, żadnego kapitalizmu nie było. Tak jak w Polsce nie było komunizmu. Jest to pewien skrót myślowy zwalniający od myślenia, ale niewiele mający wspólnego z prawdą. Nazywanie dnia dzisiejszego, stosunków  społecznych, kapitalizmem, gdy bliżej tej rzeczywistości do feudalizmu i pańszczyzny, jest takim samym nadużyciem jak pisanie o radzieckiej ambasadzie „sowiecka”.

Jak wierzyć myśli, która sama sobie nakłada kaganiec uprzedzeń, to moim zdaniem myśl przewodnia najnowszego numeru AutografuNa szczęście powoli nasi twórcy budzą się z odrętwienia, z owego chocholego tańca, letargu w którym pogrążyli się po zbyt łatwo wywalczonym (a może darowanym?) zwycięstwie. Przyjmując, że to było zwycięstwo, a nie kolejne przegrane powstanie. Coraz częściej pojawia się refleksja; czy  było warto? Piotr Surmaczyński z sarkazmem pisze (Jestem Polką) o dokonanej w imię wzniosłych ideałów przy pomocy pustych słów 21 solidarnościowych postulatów pauperyzacji tych, którzy dali się zniewolić semantycznej pustce ideologicznych schematów myślowych:Ojciec wiecznie zajęty ważniejszymi sprawami niż własna rodzina. Walczył w Solidarności o wolną Polskę. A jak już wygrał swoją walkę, to wolna Polska nie okazała się solidarna z moim ojcem. Bohater stracił robotę i zapił się na śmierć. Niechby przegrał, to byśmy z matką nie marzły.

Piszę te słowa akurat w Dzień Kobiet, więc  by się paniom przypodobać pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat: Tacy są polscy faceci. Niezdary, które pięknie tylko potrafią gadać i przegrywać. Naród frajerów.

Zawsze silną stroną gdańskiego dwumiesięcznika były wizyty w pracowniach artystów plastyków, na wystawach ich dzieł, z czego sumiennie piórami znawców tematu Autograf zdawał nam relacje, samemu zyskując niebanalną, interesującą oprawę plastyczną w postaci reprodukcji dzieł sztuki omawianych autorów. Tym razem Janusz Janowski poświęcił sporo miejsca (a z zamieszczonych reprodukcji widzę, że było warto) Rajmundowi Pietkiewiczowi ( ur. W 1920 r. w Wilnie, zm. w Sopocie w 2013 r.), opisując: drogę jego poszukiwań artystyczno-malarskich, rozpoczęte realizmem socjalistycznym, a kończących się niepowtarzalnym i bardzo osobistym językiem malarstwa przedstawiającego, spowitego oniryczną aurą oraz wypełnionego po brzegi głębią ludzkich emocji i duchowości ugruntowanej w potędze miłości.

Takiego artysty nie sposób zapomnieć – konkluduje Janowski, a od siebie proponuję czytać zamieszczone w Autografie wiersze, mając jednocześnie w pamięci zamieszczoną na zamykającej numer okładce, reprodukcję obrazu Rajmunda Pietkiewicza: „Ecce homo”.

Kiedy czytam to, co napisałem, widzę ilu znakomitych autorów, ile znakomitych wierszy, ważnych myśli, omówień, recenzji pominąłem. Są przecież jeszcze znakomite wiersze Stanisława NyczajaJanusza Koniusza, którego wiersz KrzykChciałem swoją starość/na śmierć/zakrzyczeć – szczególnie mnie poruszył, bo mam  również, co „zakrzyczeć”. Są też wiersze pokonkursowe, plon Konkursu Poetyckiego o laur „Czerwonej Róży”, niestety z nagrodzonymi wierszami w modnej dziś stylistyce zaczerniania kartki tekstem bardzo gęstym, pisanym szeroko, od lewej do prawej, bardziej przypominające prozę, i moim zdaniem właśnie jako proza broniącymi się. Jako poezja, niestety nie zawsze. Przyznaję, że znacznie większe wrażenie niż te nagrodzone wiersze, zrobiły na mnie wiersze wyróżnione: Macieja FilipkaPawła Podlipniaka czy też Wojciecha Roszkowskiego. Ale cóż… De gustibus non est disputandum.

Jeżeli jest prawdą,  jak pisał satyryk: Teorii ewolucji drogi nader kręte/byłem człowiekiem, jestem konsumentem – to zapewniam, że warto zostać konsumentem Autografu. Za jedyne 6 złotych polskich  skonsumujemy (przepraszam autorów za ten kolokwializm i odrobinę frywolny ton) danie znacznie pożywniejsze i smaczniejsze niż serwowane nam codziennym dobrobytem „zielonej wyspy” trufle. Może dzięki mądrej refleksji, jaką przynosi nam kolejny, chyba czwarty po dłuższej przerwie numer dwumiesięcznika, drogi naszej ewolucji staną się mniej kręte a nasze wymagania wobec siebie i świata nie będą ograniczały się tylko do: pars pro toto, ale sięgną wreszcie po całość zamiast części?  Z pewnością jesteśmy tego warci,  o czym uczył nas i uczy nadal, oby jak najdłużej, gdański dwumiesięcznik Autograf.

P.S.

Ze smutkiem stwierdzam, że jak na razie zdobycie Autografu jest nie mniej trudne niż zdobycie autografu Dody. Podobno można kupić w GTPS-ie, (Gdańsk ul. Chlebnicka 2) i już niedługo w sieci EMPiK, ale to informacje nieautoryzowane, więc za ich prawdziwość nie odpowiadam.

Autograf nr 1(125), styczeń-luty 2015. Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki, 38 stron.

Za: Gazetą Świętojańską

10.03.201515.27.14_big